czwartek, 27 grudnia 2012

Rozdział dwudziesty drugi

„Nic nie ma sensu, jeżeli nie angażuje naszego ciała i umysłu. Przygoda spotyka nas wtedy, kiedy się w nią rzucimy.”

Leżałam na łóżku i twarz miałam nakrytą poduszką. Jednak pomimo to do moich nozdrzy dostał się cudowny zapach czekolady.
Usiadłam błyskawicznie i spojrzałam na wchodzącą do pokoju mamę.
-Mów – podała mi kubek.
-W ile zakochałaś się w tacie? – mruknęłam i upiłam łyk.
-My nie jesteśmy zbyt dobrym przykładem. Najlepszym związkowym wzorem jest Iker z Sarą, chociaż może Cristiano z Iriną też. O! Karim jest we wzorowym związku.
-Mamo! – fuknęłam.
-Całowałam się z twoim ojcem już tego samego dnia, którego się poznaliśmy – spuściła głowę. – Ponoć w piłkarskim świecie miłość rozwija się szybko, żeby mieli czas na grę w piłkę.
-Jadę z Nicanorem i Juniorem do Barcelony – wypaliłam.
-O nie! – jęknął ktoś od drzwi. Spojrzałam tam i dostrzegłam Rezę Gutierrez.
-Czemu nie? – zdziwiła się mama.
-Podoba ci się Nico? – spytała Reza i usiadła na parapecie. Nic nie odpowiedziałam, ale nie zniechęciło jej to. – Od wczoraj jest jakiś dziwny. Chodzi i się uśmiecha, dziś rano gotował coś z Alvaro i mnie wygonili. Oczywiście mówił nam, że wyjeżdża na kilka dni do Barcelony, ale nie powiedział z kim.
-Co ty pierdolisz? – westchnęła mama.
-Tak jak dla ciebie szybko rozwijające się uczucie to coś naturalnego, tak dla Vazqueza Barcelona jest naturalnym miejscem do miłości! – syknęła, a mama zakryła sobie usta dłonią.
-Chcesz mi powiedzieć, że… – spojrzała na mnie.
-Nie wiem, ale moja miłość do Alvaro zaczęła się w Barcelonie. Nicanor od pięciu lat nikogo nie miał na stałe.
-Reza, ale skąd wiesz, że Sol nie będzie kolejną do zabawy? – szepnęła mama, a mnie zrobiło się zimno.
-Dosyć! – podskoczyłam jak oparzona. – Dajcie na luz, co? Jadę tam na wakacje, do towarzystwa. Przecież kocham Juniora, a Nico bardzo lubię.
-Kłamstwo! – powiedziały jednocześnie.
-Idiotki! – fuknęłam i wyszłam z pokoju. Co z tego, że chcę Nico? Jadę z nim na wakacje i już! To nie znaczy, że musi się coś stać…. Ale może.
Wieczorem byliśmy w mieszkaniu Vazquezów w Barcelonie. Lecieliśmy prywatnym samolotem należącym do matki Nicanora. Junior od razu wyszedł, a ja skierowałam się na taras. Oparłam się o balustradę i wpatrywałam w panoramę miasta. Było piękne.
-Co tam? – obok mnie pojawił się Nico.
-Wierzysz w przeznaczenie? – spytałam i oparłam głowę na jego ramieniu. Objął mnie w pasie i cicho westchnął.
-Muszę – szepnął w moje włosy.
-Musisz? – zdziwiłam się.
-Jestem dzieckiem z przypadku, jednego razu i to od razu udanego. Tylko nie nazwałbym tego przeznaczeniem, a Bożym planem.
-Mówisz jak mój tato – uśmiechnęłam się delikatnie i odwróciłam do niego twarzą. – Idziemy na imprezę?
-Idziemy – pocałował mnie delikatnie. – Gdzie?
-W miasto. Znasz Barcelonę?
-Równie dobrze jak Madryt. Tu się urodziłem – puścił mnie i poszłam się przebrać. To, że nie lubię chodzić w szpilkach nie znaczy, że nie umiem.
Wystroiłam się w zwiewną sukienkę, granatowe szpilki, torebkę tego samego koloru i zegarek.
Zadowolona stałam w przedpokoju i poprawiałam swoje rozpuszczone włosy.
-Pięknie wyglądasz – pocałował mnie w ramię i wyszliśmy. Nie udaliśmy się daleko, bo za rogiem była przytulna knajpka. Przygaszone światła, świece na stolikach.
Usiedliśmy na wygodniej kanapie i zamówiliśmy lampkę wina.
-Nie takiej imprezy oczekiwałam – szepnęłam i dyskretnie się rozejrzałam. Wokół były same pary!
-Bo to nie impreza – wziął do ręki kieliszek. – To randka – puścił mi oczko, a mnie momentalnie zrobiło się słabo. Randka? RANDKA?!
-Co? – szepnęłam i wypiłam spory łyk wina.
-Nie lubię owijać w bawełnę, Sol – odstawił kieliszek i przysunął się bliżej. – Nie zabrałem się tu bez przyczyny. W sumie jest kilka powodów – uśmiechnął się czarująco, a mnie serce zaczęło walić jak szalone. – Nie chcę, żebyś opuszczała Madryt to po pierwsze. Przyznam się, że, gdy usłyszałem o twoim talencie chciałem cię tu zatrzymać za wszelką cenę i zmusić, żebyś mnie trenowała, ale po tym mini meczu, gdzie cię poharatałem… Zmieniłem zdanie – odgarnął kosmyk z mojego policzka. – Byłaś tak naturalna i urzekająca, gdy się buntowałaś, że postanowiłem cię poznać bliżej. Teraz nie chcę, żebyś wyjeżdżała z Madrytu, bo mi się podobasz. Podobasz jak nikt od bardzo dawna – zaczął całować mnie po szyi, a jego dłoń spoczęła na moim udzie i delikatnie je masowała.
-Mam postawić wszystko na jedną kartę i zostać w mieście, którego nie znam dla faceta, którego też prawie nie znam? – szepnęłam.
-Mieście, które kochasz i faceta, którego… – urwał i mnie pocałował. Faceta, którego pokocham, dokończyłam w myślach i objęłam go ramionami za szyję.
-To szaleństwo – mruknęłam patrząc w jego niebieskie tęczówki.
-Szaleństwo jest piękniejsze od rozumu bo pochodzi od Boga, rozum zaś, od człowieka. Platon – uśmiechnął się słodko.
-A co tam, raz się żyje! – przytuliłam się do niego. – A tak w ogóle to jaką sprawę do załatwienia miał tu Junior?
-Ładną – zaśmiał się. – Cholernie wredną i pyskatą.
-Możesz jaśniej? – zmarszczyłam czoło.
-Gen Messi. Jedno jest pewne: jeżeli Junior zbliży się do niej jeszcze raz to stary Messi padnie na zawał – zaczął mnie całować po szyi.
-Czekaj, czekaj… – odsunęłam go trochę od siebie. – Jak to znowu? – popatrzyłam mu w oczy.
-Cztery lata temu jakiś dziwnym cudem, a raczej rozgarnięciem Marca – przewrócił oczami. – Junior wylądował z nim na obozie sportowym, gdzie prym wiodła Gen Messi i Emily Pique. One miały po piętnaście lat, ale uwierz mi, nie wyglądały na tyle, zwłaszcza Gen. Miała wtedy na pieńku z ojcem… – urwał. – W sumie to ona zawsze ma z nim na pieńku, ale mniejsza z tym – cmoknął mnie w usta, a ja się uśmiechnęłam. – Junior ją rozdziewiczył.
-Co? – drgnęłam gwałtownie.
-Przespał się z nią, albo ona z nim, w sumie na jedno wychodzi – wzruszył ramionami. – Potem każde rozjechało się w swoją stronę i zaczęła się wielka wojna. Widywali się co jakiś czas i non stop sobie odjeżdżali. Junior kiedyś taki nie był, nie bawił się tak dziewczynami i nie spędzał wolnego czasu na podrywie i seksie. Wszystko się zmieniło po tym obozie. Victor do mnie dzwonił i mówił, że jak Junior się nie uspokoi to on oszaleje.
-Uspokoił się? – szepnęłam zaciekawiona.
-Nie, Victor poszedł z nim w tango. Błyskawicznie dołączył Villa i zaczęły się tańce-hulańce. Ogarniali się tylko na czas, kiedy przyjeżdżałem do Madrytu.
-Gen złamała Juniorowi serce, co? – westchnęłam.
-I teraz albo chce się zemścić, albo…
-Ją odzyskać – weszłam mu w słowo. – Co myślisz?
-Wszystko zależy od tego jak go potraktuje. A teraz to my zatańczymy! – wstał i wziął mnie za rękę.
Wróciliśmy do domu po drugiej w nocy, po długich tańcach i namiętnych pocałunkach. Chyba nie byłam nigdy szczęśliwa. Nawet odnalezienie taty i Alana nie dało mi tyle radości, co dotyk ciepłej dłoni Nico…
Leżąc w łóżku i wpatrując się w sufit zdałam sobie sprawę, że zakochałam się w ciągu kilku dni. Chociaż może nie? Spodobał mi się bardzo już, gdy zobaczyłam go u Villi, a potem nie mieliśmy czasu się poznać.
Rany, zakocham się! Zakochałam w Nicanorze Vazquezie…

Rozdział dwudziesty pierwszy

„Mężczyzna to mężczyzna. Ale przystojny mężczyzna to zupełnie coś innego.”

Z rodzicami spędziłam dokładnie dwa dni. Zanosiło się na kolejne, bo tato dzwonił na Bernabeu i powiedzieli mu, że próbowałam wykiwać zawodowych piłkarzy i to jak się to dla mnie skończyło. Zajebiście, nie ma co.
Psychicznie przygotowywałam się na powrót do Manchesteru. W Madrycie nie trzymało mnie nic. Rodzice i brat to dla mnie za mało.
Nie mogłam też zapomnieć smaku ust Nicanora, ale tego akurat nie próbowałam. Często obserwowałam jak gania się z rodzeństwem, jak gdzieś ich wozi i w ogóle. Od taty dowiedziałam się, że jego matka mieszka w Stanach, gdzie zgromadziła ogromną fortunę, ale Nico wychowany był przez ojca i macochę. Dla atrakcji miał sześcioro rodzeństwa, które widać bardzo kochał.
-Sol! – krzyczała mama z dołu, ale mnie się nie chciało wstawać z łóżka. Po chwili przybiegł do mnie Cecil z karteczką u szyi. Ech, ta kobieta mnie zdumiewa.
-”Nico chce się z Tb zobaczyć. Wpuścić Go?” – przeczytałam i nabazgrałam „tak”. – Na dół i nie wracaj – powiedziałam go małego łobuziaka i popędził po schodach.
-Fajny pomysł na porozumiewanie – uśmiechnął się Nico, gdy stanął w progu.
-Wiem – zaśmiałam się. – Co cię sprowadza?
-Wychodzimy! – wrzasnął tato i słyszałam jak trzasnęły drzwi wejściowe.
-Jak ręka? – usiadł na łóżku obok mnie.
-Spoko, daję radę – zerknęłam na zabandażowaną dłoń i cicho westchnęłam.
-Co jest? – usiadł bliżej i spojrzał na mnie uważnie. Usiadłam po turecku i zaczęłam bawić się swoim zegarkiem.
-Myślisz, że William wróci do Manchesteru? – spytałam.
-Z tego co słyszałem to Mou nie ma nic przeciwko. Poza tym Manchester zaczyna wychodzić na prostą, więc nie zechcą pozbyć się tak dobrego napastnika.
-Wróci… – pokiwałam głową. – Czyli ja też wracam.
-Co? – drgnął gwałtownie. – Czemu?
-Bo to mój najlepszy przyjaciel. Przyjechałam tu dla niego i z nim wrócę – mruknęłam, ale nie patrzyłam mu w oczy. Podobał mi się i kto wie co bym zrobiła teraz, gdy wiem, że znikam z Madrytu.
-Do końca życia nie musisz się za nim ciągać. Nie podoba ci się tu? Rytm Bernabeu nie bije w tym samym rytmie co twoje serce? – szepnął, a ja zaskoczona spojrzałam na niego.
-Skąd wiesz?
-Bo moje bije. Ostatnie pięć lat było dla mnie bardzo trudne, ale odszedłem, bo nie chciałem hańbić ukochanego klubu taką grą. Byłem beznadziejny – wzruszył ramionami.
-Ale wróciłeś…
-Każdy Los Blancos wraca do Madrytu. Najlepszym przykładem jesteś ty i twoja mama. Moja macocha też wyjechała, ale wróciła i nawet ojciec się nie sprzeciwiał.
-Nicanor… – spontanicznie pogłaskałam go po policzku.
-Tak? – uśmiechnął się szelmowsko, a mnie znowu coś się przekręciło w żołądku.
-Nic… – cofnęłam dłoń, ale jego twarz zbliżyła się do mojej. Oparł rękę na łóżku i delikatnie pocałował moją szczękę. Gwałtownie wciągnęłam powietrze i wsunęłam palce w jego włosy. Tymczasem on przesunął usta na moją szyję, rozsunął moją białą bluzę i skierował się na dekolt. Położył mnie na łóżku, a sam zawisł nade mną. Jedną ręką się podpierał, a drugą wsunął pod moją koszulkę i po chwili ją podwinął. Gorący oddech drażnił moją skórę, a ja nie potrafiłam i przede wszystkim nie chciałam go odepchnąć. Jego usta rozpoczęły wędrówkę w górę, pieściły moje ucho, aż trafiły na usta. Objęłam go ramionami za szyję i z zapałem oddawałam każdy pocałunek. Mój żołądek oszalał, podbrzusze płonęło dziwnym ogniem, a język odnalazł identyczny rytm jak jego.
W pewnym momencie jego dłoń wsunęła się w moje szorty i dotknęła najczulszego miejsca mojego ciała. Z gardła wyrwał mi się cichy jęk i zaczęłam szybciej oddychać.
-Jedz ze mną i Juniorem do Barcelony – wyszeptał mi do ucha, a ja energicznie pokiwałam głową i zacisnęłam uda, żeby broń Boże nie zabrał ręki. Chociaż może Boga do tego nie mieszajmy.
-Po co? – jęknęłam, gdy całował moją szyję.
-Junior ma tam coś do załatwienia, a ja nie chcę siedzieć sam. Sol, co ci szkodzi? – spojrzał mi w oczy.
-Nic – pogłaskałam go po twarzy. – Ale… – urwałam, bo przeszkadzał mi w złożeniu jakiegoś sensownego zdania.
-Mam tam mieszkanie po rodzicach, więc po hotelach tłuc się nie będziemy. Tylko są tam dwie sypial… – urwał, bo zaczął dzwonić jego telefon. Pocałował mnie krótko i wstał. – Tak? – odebrał. – Kiedy?… Spoko, nie ma problemu. Zaraz przyjadę – rozłączył się. – Mam popilnować małych, idziesz ze mną? – uśmiechnął się lubieżnie. Sol, w tej chwili wyłącz w swojej głowie przycisk „myślenie” i daj się ponieść przygodzie. Nicanor, Barcelona… A co tam! Raz się żyje!
Siedziałam w salonie Vazqezów, a na moich kolanach spoczywała głowa sześcioletniego Liama. Na fotelu obok spał siedmioletni Fran, a na dywanie leżał jedenastoletni Bui. Tylko dwunastoletni Paco jednym okiem oglądał film. Z kuchni słyszałam głos Nico i jego siedemnastoletniego brata Tulio.
-Młody, ogarnij się! – westchnął Nico. – Duarte może i kocha Yerardo, co usprawiedliwia jej chęć zmiany klubu, ale to, że ty idziesz z nią to skraj debilizmu!
-Kocham Duarte i jesteśmy zawsze razem – bronił się Tulio.
-Zawsze będziecie razem, bo to twoja siostra! Ona tam nie idzie by się rozwijać, ale dlatego, że go kocha! Rodzice jej nie powstrzymają, bo sami nie byli lepsi i teraz nie chcą wyjść na hipokrytów! W Valencii siądziesz na ławie i na tym się skończy!
-Myślisz?
-Jestem pewien. Nawet nie wiesz co ja znosiłem przez ostatnie pięć lat.
-Jakbyś nie pyskował trenerowi to by nie było o czym gadać.
-Tulio, ja cię błagam! Nie idź do Valencii. Nie chcesz zostawać w Atletico to idź do Realu. Tam będziesz patrzył na najlepszych i będziesz mieć mnie, chłopaków i Rezę. Spójrz prawie w oczy. Duarte poszła do Atletico ze względu na ojca, a ty poszedłeś za nią.
-Nie przejdę do Realu. To byłby skraj debilizmu. Atleti to mój klub – powiedział twardo.
-Tulio Blanco pasuje do Atletico Madryt jak kij do dupy – warknął.
-Milcz! Lepiej zainteresuj się małymi, bo włączyłeś im horror!
-Czego bym im nie włączył po dwudziestej drugiej to i tak zasnął. – Jego głos się zbliżał, a po chwili obaj weszli do salonu. – Mówiłem? – wskazał na śpiących braci. – Kiedy wraca Duarte? – wyszeptał.
-Jutro z Santander, ale po jutrze leci do Walencji.
-Bierz Liama – mruknął, a sam podniósł z fotela Frana. Tulio wziął ode mnie najmniejszego brata i poszli z nimi na górę. Po chwili wrócili i Nico zabrał z podłogi Buina. Paco sam się powlókł do swojego pokoju.
-Też idę spać, dobranoc. – Tulio pocałował mnie w policzek i wyszedł. Nicanora wrócił i usiadł obok mnie.
-Zmęczona? – objął mnie ramieniem, a ja wtuliłam twarz w jego tors, a swoje nogi przewiesiłam przez jego.
-Trochę. Masz cudowne rodzeństwo – uśmiechnęłam się.
-Nie zaprzeczę, bo kocham ich nad życie – pocałował mnie w czoło. – Zanieść cię do domu? – pogłaskał mnie po policzku.
-Nie trzeba – wstałam. – Cześć – pomachałam mu i wyszłam. Serce waliło mi jak szalone i oddech miałam nierówny. Co ja wyprawiam?! Tulę się do prawie obcego chłopaka, którego znałam jako czteroletnia dziewczynka. Kto by pomyślał, że czternaście lat później będzie z niego taki przystojniak?
-Sol! – krzyknął, gdy byłam już przy swoich drzwiach.
-Tak? Zapomniałam czegoś? – pomacałam się po kieszeni, ale miałam telefon.
-Tak – błyskawicznie znalazł się przede mną, ujął moją twarz w dłonie i pocałował mnie. – Dobranoc, piękna – szepnął, puścił mnie i wrócił do siebie.

Rozdział dwudziesty

„Istnieje tylko jedna droga do innych ludzi – droga serca.” 
Wpatrywałam się w Nicanora szeroko otwartymi oczami.
Czy on mnie przed chwilą pocałował? POCAŁOWAŁ MNIE???
Matko, spokojnie Sol, oddychaj… To w końcu nie pierwszy który cię pocałował. No pewnie, że nie pierwszy, ale jedyny, który nie wyląduje potem w szpitalu albo na ziemi! Czemu? Odpowiedź jest prosta, Nico jest pierwszym chłopakiem, który mi się podoba i odważył się na coś takiego.
-Ponoć tylko pocałunek może zamknąć kobiecie usta – odezwał się lekarz i dopiero wtedy oderwałam wzrok od Nicanora. – Gotowe – uśmiechnął się do mnie. Spojrzałam na swoją zabandażowaną rękę. Pięknie. Od łokcia go nadgarstka jestem zawinięta!
-Wszystko dobrze? – Do gabinetu zajrzał William. Rooney, czemu nie zrobiłeś tego kilka minut wcześniej?!
-Powinnaś teraz odpocząć, ale lepiej, żebyś nie była sama – powiedział lekarz.
-Odwiozę cię – zdecydował błyskawicznie Nico i wziął mnie na ręce. Nie powiem, żeby było mi źle w jego ramionach. Były takie… w sam raz dla mnie.
-Chcesz jechać bez bluzki? – spytał William, gdy wyszliśmy na korytarz, o przepraszam, mnie wyniesiono.
-W samochodzie mam bluzę. Sergio jest przyzwyczajony do widzenia mnie w takich strojach – uśmiechnął się brunet. – Jedziesz z nami? – spojrzał na mojego przyjaciela, a ten smętnie pokiwał głową.
Wsiedliśmy do terenowego Audi, mnie usadowiono z przodu i Nico zapiął mnie pasem.
-Nie jestem inwalidką, dam sobie radę – burknęłam.
-Nie twierdzę inaczej – szepnął mi do ucha i zajął miejsce za kierownicą. – Rooney, ciebie podrzucić do Ronaldo? – upewnił się i ruszył.
-Tak – mruknął.
-To obok – westchnęłam.
-Widzę, że się orientujesz – uśmiechnął się. – Pamiętam cię, gdy byłaś jeszcze mała. My z Juniorem próbowaliśmy opędzić się od sióstr, ale od ciebie się nie dało. Grałaś lepiej od Duarte i byłaś sprytniejsza od Dolores.
-Kumplowałaś się z Dolores jak byłaś mała? – zainteresował się William.
-Niestety – westchnęłam. – Lubiłyśmy się? – spojrzałam na Nico, a ten prychnął śmiechem.
-Bardzo. Zwłaszcza, gdy chciałaś jej wyrwać włosy, a potem udawałaś, że to nie ty. Tylko cudem udało się Juniorowi wyrzucić wszystkie włosy Dori, które miałaś w rękach zanim przyszedł Canales.
-Temperament miałaś od zawsze – zaśmiał się William.
-Nadal jest taka głupia? – skrzywiłam się.
-Nadal cię kocha – pokiwał głową brunet. – Ponoć jest niezła w łóżku – zerknął w lusterku na Williama.
-Ponoć przeleciała cały skład, nie licząc Juniora i Casillasa – syknęłam jadowicie.
-Zapomniałaś dodać mnie, Marca i twojego brata, który leci w chuja, że jednak z nią spał – przewrócił oczami.
-Czemu tego nie zrobiliście? Nie podobała się wam? – dociekałam.
-Casillas traktował ją jak młodszą siostrę, Marc bał się Juniora, a ja… – urwał. – Zanim zaczęła odstawiać ten cyrk mnie już dawno nie było na liście piłkarzy Realu.
-Teraz już jesteś! – świdrowałam go uważnym spojrzeniem.
-Teraz to ona ma Rooney’a, a ja nie jestem nią zainteresowany – zatrzymał się pod swoim domem.
-Czemu? – odpięłam pas.
-Bo tak. Może kiedyś ci powiem – wysiadł i po chwili trzymał mnie na rękach.
-Wiesz, rozjebaną mam rękę, a nie nogi! – fuknęłam, gdy niósł mnie przez ulicę, a William szedł za nami.
-Wiem, ale jesteś taka… – urwał i potarł nosem mój policzek. Nie chciałam pytać jaka jestem.
-Sol! Co się stało? – Przed dom wybiegła mama.
-Nic – Nico postawił mnie na schodkach. – Miała wypadek, co było moją winą.
-Stul się! – machnęłam zdrową ręką. – Zdarza się – wzruszyłam ramionami. – Winę masz odpokutowaną – powiedziałam do Nico.
-Lekarz kazał na nią uważać i niech nie wychodzi z domu – powiedział. – Straciła sporo krwi, więc może mieć zawroty głowy.
-Krwi? – wystraszyła się mama. – Kochanie? – objęła mnie ramieniem. Zerknęłam groźnie na Nicanora.
-Policzymy się jeszcze – syknęłam i weszłam do domu. Mama zaprowadziła mnie do pokoju, gdzie od razu zjawił się William i Cecil. Położyłam się na łóżku i wzięłam psiaka na siebie.
-Podoba ci się? – szepnął Willie.
-Ale co? – ziewnęłam.
-On – wpatrywał się w coś za oknem. Wstałam i podeszłam do niego. Widać było z niego jak Nicanor pod pachą niesie małego chłopca, a drugi skacze wokół niego.
-Jest fajny – pokiwałam głową.
-Chciałbym wrócić do domu – westchnął ciężko i usiadł na skraju łóżka. Przysiadłam obok niego, ale go nie przytuliłam. Jakoś nie mogłam. – Chciałbym, żebyś znowu mieszkała z Javierem i mnie trenowała. Studiować możesz w Manchesterze i mniej więcej wszystko byłoby jak dawniej – spuścił głowę.
Wrócić do Manchesteru? Zostawić Real, Alana, mamę, tatę i całą resztę?
-Nic już nie będzie jak dawniej, Willie – poklepałam go po ramieniu. – Jest mi tu dobrze.
-Przed godziną mało się nie wykrwawiłaś na śmierć! – syknął.
-Ale nic mi nie jest! Piłka nożna to sport siłowy! Graliśmy i nie zrobił tego specjalnie – spojrzałam na swoją dłoń. – Nie wiem, czy uda ci się wrócić do domu… Mou jest tobą zachwycony.
-Ale z większą nadzieją patrzy na Vazqueza. Jest ode mnie sprytniejszy. Potrafi wykorzystać każdą słabostkę przeciwnika. Ma podobną masę ciała do mojej, ale podczas, gdy ja gram ciałem, on się wije jak piskorz!
-Szkoliła go Reza Gutierrez, Guti, Mou i pewnie wiele innych osób – mruknęłam. – Ty masz mnie, a ja już zaczęłam poprawiać program na hiszpańskie warunki.
-To popraw je na warunki Vazqueza, bo ja zrobię wszystko, żeby wrócić do domu – wstał.
-A co z Dolores? – też się poderwałam.
-Zaliczyła mnie. Teraz czas na nowy cel – burknął i wyszedł.
Położyłam się na łóżku i westchnęłam. Jeżeli William wróci do Manchesteru to wrócę z nim. Nie widzę innego wyjścia. Rodzice rodzicami, ale to Willie jest moim przyjacielem. Będzie cierpiał po stracie Dolores, a ja muszę go wspierać. Do Madrytu będę wpadać od czasu do czasu, a Javi na pewno ucieszy się, że z nim zamieszkam.
Tylko czemu wcale się nie cieszę na myśl o powrocie do swojego miasta? Przecież doskonale znam Manchester, wszystkie zakamarki, a na dodatek Javier nie będzie mi robił problemów, gdy zamarzę sobie trenowanie chłopaków.

Rozdział dziewiętnasty

Pocałunek wymyślili mężczyźni, aby kobiecie nareszcie usta zamknąć.” 
 
Dni mijały mi w spokoju i błogim lenistwie. William ostro trenował i ciągle mi brzęczał jak to brakuje mu deszczowej pogody Anglii. Wkurzał mnie tym, ale nie tylko tym. Jego dama, czyli Dolores, pojechała z rodzicami i Juniorem na Maderę. Rooney zamiast posiedzieć ze mną, pogadać i powydurniać się jak dawniej to on wolał trenować! W mieście była okropna nuda. Alan zabrał Liv do Santander i nie było ich od tygodnia. Junior wywalił do rodziny, Marc też był u rodziny. Victor rozbijał się na Ibizie, a ja? Siedziałam w swoim nowym mieszkaniu i mówiłam do Cecila, który miał mnie w nosie! A właśnie! Mieszkanie dostałam od Javiera. Miało trzy duże sypialnie, ogromny salon, jadalnię, kuchnię, cztery łazienki i wielki taras! Położone było w samym centrum Madrytu i miałam z niego widok na Bernabeu. Niedaleko mieszkał Junior, który bardzo cieszył się, że będę pod nosem. Proponowałam Alanowi, że oddam mu jeden pokój, ale się nie zgodził. Wszystkie rachunki wziął na siebie tato, a mama zaczęła coś mruczeć, że powinnam je sama utrzymać. Na szczęście nie dał jej dojść do słowa. Zachwycają mnie, bo nie widzieli się czternaście lat, a zachowują się jakby nigdy nic się nie stało. Wcale się nie zdziwię jak pewnego dnia oznajmią nam, że spodziewają się dziecka. To byłoby coś! Mała siostra albo brat!
Wyszłam z domu i udałam się na Bernabeu. Teraz tam trenują nowi piłkarze, albo ci, którym się nudzi. Zaznaczmy, ze Rooney mieści się w obu tych grupach.
Usiadłam na ławce trenerskiej obok Mou i wyciągnęłam przed siebie nogi obute w niebieskie adidaski. Czarną bluzę zasunęłam po samą szyję i westchnęłam cicho.
-Czemu tylko oni? – Mou zerknął na mnie spod oka. Na boisku ćwiczył tylko William i ten przystojniak, od którego nie mogłam oderwać oczu.
-Przygotowuję ich do nowego sezonu. Sprawdzam, który jest lepszy.
-Który? – mruknęłam.
-Sądzisz, że powiem to cudownie odnalezionej córce Sergio Canalesa?
-Ta cudowna córka jako jedyna mówiła do pana, Mou – przewróciłam oczami.
-William jest doskonały technicznie, czego z kolei czasem brakuje Nicanorowi…
-Ale? – przerwałam mu.
-Technika i nauczone na pamięć zagrywki to nie wszystko. Vazquez ma instynkt, ale brakuje mu ogrania.
-Gdyby pan musiał wybierać to kogo by pan wybrał?
-Jestem za stary na ryzykowanie. Rooney jest lepszy, ale nie wpasowany w hiszpańską piłkę i drużynę. Z kolei Nicanor zna grunt i ma tu kumpli, ale nie ma takiej regularności. Gdyby grał w Racingu ciągle jak William w United to wybór byłby prosty. Rooney, zadowolona?
-Słyszałam, że to Vazquez ma dostać z marszu miejsce w wyjściowym składzie.
-To co słyszysz to jedno, a to co mówię to drugie. Rosario – klasnął w dłonie – Korki masz?
-Mam – pokiwałam głową i wskazałam czarne buty, które leżały na fotelu.
-Wskakuj w nie. Chcę zobaczyć co potrafisz – puścił mi oczko.
-Dostanę miejsce w jedenastce? – zaśmiałam się.
-Dawaj! – uśmiechnął się.
-Potrafię wiele, ale brakuje mi sprawności piłkarza – szybko zmieniłam obuwie i podskoczyłam kilka razy w miejscu.
-Ograsz Rooney’a? – wstał i spojrzał na mnie uważnie.
-Bez problemu. Przecież sama go szkoliłam! – prychnęłam.
-Vazqueza? – spojrzałam na chłopaka stojącego obok Williama. Może i był gdzieś w jakimś programie, ale nie pamiętam go w ogóle.
-Nie – pokręciłam głową..
-Spróbuj! – poklepał mnie po plecach. Zmrużyłam oczy i podeszłam do dwóch piłkarzy.
-Cześć – uśmiechnęłam się, ale patrzyłam tylko na nieznajomego. Aż trudno w to uwierzyć, bo jeszcze miesiąc temu liczył się tylko William. – Sol Rosario – wyciągnęłam dłoń.
-Nicanor Vazquez – uścisnął ją, a mnie po plecach przeszedł dreszcz. Niebieskie oczy świdrowały mnie uważnie i widziałam w nich delikatny figlarny błysk. Zupełnie jakby dopiero od niedawna go używał.
-Grasz z nami? – spytał William i podbił piłkę.
-Gram – odebrałam mu ją i odbiegłam kawałek. Doskonale zdawałam sobie sprawę z faktu, że do piłki nożnej to ja mam głowę, a nie nogi. Mogę im powiedzieć jak kopnąć, wycelować i wszystko, ale sama nie zrobię tego tak dobrze jak oni. Brakuje mi tej zwinności.
-To o ciebie tak zajadle walczył Villa? – Nicanor szedł w moją stronę powoli, niemal się skradał.
-Walczył? – zdziwiłam się i szłam powoli do tyłu z piłką u nogi.
-Nie mógł przeżyć, że mieszkasz u Ronaldo i jesteś z Rooney’em – wyjaśnił.
-Nie jestem z Rooney’em! – oburzyłam się, a kątem oka widziałam jak Willie drgnął. Szedł kilka kroków za Hiszpanem i wpatrywał się we mnie uważnie. – A poza tym Alan mi mówił, że Marc jest teraz z Emily Pique.
-Fabregas – uśmiechnął się szelmowsko i coś przekręciło mi się w żołądku.
-Co? – zmarszczyłam brwi.
-Ma na nazwisko Pique Fabregas, ale nienawidzi drugiego nazwiska. Jej rodzice zaliczyli wpadkę po jakiejś ostrej imprezie… W sumie to nie wiem co ona ma do Fabregasa – wzruszył ramionami.
-NICANOR, JAK BĘDZIESZ SIĘ DALEJ TAK CZAIŁ TO MECZE BĘDZIESZ OGLĄDAŁ Z ŁAWKI!!! – zawołał Mou.
-Wybacz, piękna – skłonił się i znalazł się przy mnie w ułamku sekundy. Zdążyłam zrobić unik i zarył butami w trawę obok mnie.
-Złap mnie – zaśmiałam się i pobiegłam w kierunku bramki. Kątem oka dostrzegłam, że William pędzi równo ze mną, ale nie wyglądał jakby chciał grać ze mną. Dopadł mnie szybciej niż Vazquez i odebrał mi piłkę, zrobiłam fikołka i próbowałam podstawić mu nogę, ale w tym czasie poczułam przeszywający ból w lewej ręce. Krzyknęłam i zobaczyłam tylko jak chlusnęła krew.
-Cholera! – Nicanor błyskawicznie znalazł się obok mnie. – Przepraszam, ale wyciągnęłaś się tak, że trudno było przeskoczyć – zdjął z siebie koszulkę i owinął mi nią rękę. Jęknęłam cicho, ale bynajmniej nie z bólu. Przed oczami pojawiła mi się boska klatka piersiowa o idealnie wyrzeźbionych mięśniach. Nie wyglądał jak kulturysta, wyglądał jak ideał! Mógłby zostać modelem!
-Wow – szepnęłam i dotknęłam jego torsu. Macanie Williama czy Oskara to nic w porównaniu z tym. To był prawdziwy FACET, a nie mój przyjaciel.
-Widzę, że chyba zahaczyłem głowę – zaśmiał się i wziął mnie na ręce. – Dobrze się czujesz?
-Boli i zaraz zacznę robić głupie rzeczy – mruknęłam i z błogością wdychałam jego zapach. Wiele razy wąchałam spoconych chłopaków po treningu, ale woń, którą wydzielał z siebie Vazquez… Mamusiu! Mogłabym się na niego rzucić i… No i tego, nie wiem co byłabym w stanie z nim zrobić.
-Wjechałeś w jej dłoń jak w masło! – fuknął Mou, gdzieś po prawej stronie. Kołysana rytmicznym krokiem Nico zapadałam w drzemkę. Ręka robiła mi się coraz cięższa, a biała koszulka zaczynała się robić bordowa. – Głęboko?
-Trzeba zszyć – szepnął, ale na te słowa się ocknęłam.
-Co zrobić?! – krzyknęłam. – O nie! Ja się nie zgadzam! Nie będziecie mi nic zszywać! – wrzeszczałam, ale nie miałam szans na wyrwanie się z silnego uścisku.
-Cicho bądź! – upomniał mnie William, ale obecnie miałam go gdzieś. Chcą mnie szyć! Igłą! Przecież mnie jest słabo na samo słowo: zastrzyk!
-Ja chcę do mamy! Powiem tacie! Ratunku! – piszczałam, gdy Nico kładł mnie na stole zabiegowym, ale po chwili się rozmyślił i mnie posadził, a sam usadowił się obok. – Wyjeżdżam do Manchesteru i będę mieszkać z Javierem, który nie da mnie pokroić! Ja nie chcę! – zawodziłam, ale Nico mocno mnie trzymał.
-Sol, to tylko chwila – mruknął.
-To wszystko twoja wina, Vazquez i gorzko tego… Aaaa!!! – wrzasnęłam i wtuliłam się w niego, gdy zobaczyłam lekarza z igłą.
-Dawaj rękę! – wyciągnął moją dłoń i pocałował w czoło. – Sol, oddychaj – poczułam ukłucie i przestało boleć.
-Nie patrzę, nie patrzę… – szeptałam w jego szyję. – Pożałujesz tego! – warknęłam. – Zobaczysz, ty paskudo, gnido, ty… – urwałam gwałtownie, bo poczułam jego usta na swoich…

Rozdział osiemnasty

Historia zniknięcia Nicanora Vazqueza

Narracja Rezy Gutierrez

Wpatrywałam się jak Nico łaskocze Duarte i nosi na barana Tulio. U nóg plątał się Paco, a za nim skakał Bui. Patrząc na moje dzieci byłam nieziemsko szczęśliwa.
-Cześć, skarbie – Alvaro pocałował mnie w usta i usiadł przy stole w kuchni. – Wychodzimy wieczorem? Może Nico w swojej łaskawości zajmie się rodzeństwem?
-Niestety dziś nie zaznasz mojej łaskawości – wyszczerzył się i zrzucił z siebie Tulio. – Umówiłem się z Rosie i Juniorem.
-Z dziewczyną i kumplem? – Alvaro uniósł jedną brew.
-Tatku, nie mam zamiaru opuszczać przyjaciela dla dziewczyny, nawet jeśli uważam, że to ta jedyna – usiadł obok niego, a ja jak zawsze mogłam się pozachwycać jak bardzo są do siebie podobni.
-O! – przypomniałam sobie. – Dzwoniła twoja mama – podałam Nico karteczkę.
-A co jest? – przeczytał wiadomość. – Wyśle mi paczkę, bo kupiła świetne buty. To git! – rozparł się wygodnie na krześle. Kto by pomyślał, że ten przystojny osiemnastolatek jeszcze nie tak dawno pierwszy raz wszedł na Santiago Bernabeu. Trzymał mnie wtedy mocno za rękę i mruczał pod nosem „Hala Madrid”. Nico nie był moim rodzonym synem, ale kochałam go równie mocno jak wszystkie swoje dzieci. Jego matka doszła do wniosku, że lepiej dla niego będzie jeśli wychowa go jego ojciec, który ma własną rodzinę niż ona, bizneswoman, która podróżuje po całym świecie. Nicanor jest z nami od piętnastu lat i twierdzi, że jest mu tak dobrze. Ma przyjaciół, gra w Realu, Mou często wystawia go w pierwszym składzie, ma śliczną i uroczą dziewczynę i nie ma w planach opuszczać Madrytu.
-Junior przyszedł! – zawołała Duarte i za oknem śmignęła jej ciemna czupryna. Oczywiście krok w krok za nią podążał Tulio. Moje niby-bliźniaki.
-Siemka! Dzień dobry! – przywitał się młody Ronaldo. – Chodź, bo nam metro ucieknie – zerknął na zegarek.
-To spadam. Wrócę jak będę! – uśmiechnął się i wyszli.
-Alvarito? – usiadłam mężowi na kolanach, a on pocałował mnie delikatnie.
-Tak, kochanie? – uśmiechnął się. – Reza, ale ty bosko pachniesz! – powąchał mnie.
-Nowe perfumy. Victoria Beckham dała mi próbkę.
-Powiedz jej, że chcesz cały karton! – zaśmiał się i znowu mnie pocałował.
-Mamo, mamo! Mogę wziąć Frana i Liama na spacer? – zawołała Duarte.
-Ten szałaput z takimi małymi szkrabami? – szepnął Alvaro. – Wezmę jeszcze Paco i Buiego, a ty sobie odpocznij – wstał i wyszedł do ogrodu.
Obudziłam się w nocy z dziwnym przeczuciem, że coś jest nie tak. Otworzyłam oczy i zastanowiłam się czy przypadkiem czegoś nie zapomniałam. Zerknęłam na zegarek na stoliku nocnym po stronie Alvaro. Dochodziła druga w nocy.
Duarte i Tulio poszli spać o dziesiątej, Paco z Buim zasnęli przed dziewiątą, Frana uspałam o ósmej, a o siódmej Alvaro ululał Liama. Nico nie wrócił, ale on bardzo często wracał nad ranem zwłaszcza, gdy był gdzieś z przyjaciółmi a na drugi dzień nie szedł ani do szkoły ani na trening.
Dziwne uczucie jednak mnie nie opuszczało.
Nagle usłyszałam sygnał karetki. Karetka na naszym spokojnym osiedlu?
-Alvaro! – szturchnęłam męża.
-Hmm? – wymruczał i wtulił twarz w moją szyję.
-Karetka jedzie! Słyszysz? Coś się stało! – powiedziałam zdenerwowana.
-Może ktoś się źle poczuł. Mało tu starszych ludzi? – wymamrotał.
-Alvaro, ale ja mam złe przeczucia!
-Reza, śpij. To na pewno nic złego – pocałował mnie w szyję i wsunął dłoń pod koszulkę.
-Vazquez! – syknęłam. – Czy ja cię kiedyś obudziłam w nocy i powiedziałam, że mam złe przeczucia?! – fuknęłam.
-Fakt – pokiwał głową. – Nico wrócił? – czułam jak napina wszystkie mięśnie.
-Nie… – szepnęłam. Alvaro gwałtownie wstał z łóżka i naciągnął dresy i koszulkę.
-Chodź! – nałożył na mnie swoją bluzkę i nawet słowem nie wspomniał, że powinnam się przebrać czy coś. Nałożyłam tylko adidasy i w szortach, jego klubowej koszulce i bluzie wybiegliśmy z domu. Kilkanaście domów od nas, na oko z kilometr było okropne zamieszanie.
-Alvaro! – ścisnęłam go mocno za dłoń. – Alvarito… – Na ulicy stały dwie karetki, kilka radiowozów i straż. Na krawężniku siedział Junior i płakał.
-Junior! – Alvaro kucnął przed nim. – Co się stało?! – popatrzył na niego uważnie. Chłopak uniósł głowę i otarł łzy.
-Przeszła przez drogę, bo chciała zerwać kwiatka, żeby… żeby… – głos mu się załapał. – Żeby dać go Nico i… i… – pociągnął nosem. – Wtedy… ten… samochód! – zaczął płakać.
-Junior! – usiadłam obok niego i mocno go przytuliłam. – Gdzie Nicanor? – głaskałam go po głowie. – Spokojnie, już dobrze – szeptałam.
-W karetce… Dostał coś na uspokojenie, bo… umarła… jego rękach… – chlipał. Zamarłam i spojrzałam na Alvaro. Usiadł na ulicy i schował twarz w dłoniach.
-Rosie nie żyje? – spytałam, a Junior rozpłakał się jeszcze bardziej.
-Synku! – z czarnego Volvo wysiadł Cristiano Ronaldo i podbiegł do nas. Chwycił Junior w ramiona i mocno przytulił. Chłopak cicho chlipał. – Co jest? – spojrzał na mnie. Wstałam i otarłam łzę.
-Rosie nie żyje – mruknęłam. – Juniorowi i Nicanorowi nic nie jest fizycznie, ale psychicznie… – urwałam i wtuliłam twarz w tors Alvaro, który właśnie wstał.
-Zabierz go do domu – mruknął i pocałował mnie w policzek. – Nic mu nie jest, nic – wyszeptał mi do ucha.
Nie wiem jak udało nam się zabrać Nicanora do domu. Był osowiały i nie odzywał się nawet słowem. Lekarze dali mu silne leki na uspokojenie, bo nie chciał wypuścić z rąk ciała Rosie…
Od policji dowiedzieliśmy się, że Rosie przeszła na drugą stronę ulicy, a gdy wracała potrącił ją jakiś pijany koleś. Umierała w strasznych męczarniach, bo samochód zmiażdżył jej narządy wewnętrzne… Umarła na rękach Nico…
Dziewczyna, która miała zostać jego żoną odeszła tak szybko i nagle.
Przez tydzień Nicanor się nie odzywał. Junior był u niego codziennie, ale z relacji Duarte i Tulio dowiedziałam się, że siedzieli w kompletnej ciszy i nic nie mówili. Ronaldo zapisał syna do psychologa, ale Nico stanowczo się sprzeciwił, gdy Alvaro mu to zaproponował.
Pewnego dnia, siedziałam w gabinecie na Bernabeu i kończyłam pisać raport dla Mou. Co prawda trenuję damską drużynę, ale nie potrafię sobie odmówić przyjemności wizyt na treningach Mourinho i bardzo chętnie mu pomagam.
-Mogę? – drzwi się uchyliły i do środka zajrzała rozczochrana głowa Nico.
-Chodź – odłożyłam pióro i spojrzałam na niego z delikatnym uśmiechem. Usiadł w fotelu i spojrzał mi w oczy. To były dwa kawałki lodu, które nie miały w sobie żadnego życia. Na sam widok bolało mnie serce.
-Chcę zmienić klub. Mou powiedział, że jako mój menadżer ty masz wszystkie propozycje, które mi złożono – powiedział bezbarwnym głosem.
-Zmienić? Ale czemu? – podskoczyłam.
-Reza, ja nie potrafię mieszkać w Madrycie, kojarzy mi się z Rosie… – westchnął ciężko. – Wiem, że muszę iść dalej, ale tu nie mogę.
-Rozumiem – pokiwałam głową i wyjęłam z szuflady grubą teczkę. – Co chcesz? – otworzyłam ją.
-Wkładałaś chronologicznie? – wziął ją ode mnie.
-Tak – pokiwałam głową. – Na górze są najnowsze. Z Manchesteru United jest ciekawa ofer… – urwałam, gdy wyjął pierwszą kartę, z samego dołu.
-Przechodzę tu – podał mi ją, a ja zamarłam.
-Racing Santander – szepnęłam. – Nicanor, czy ty wiesz jakie oni zajmują miejsce w lidzie?
-Wiem, ale mam to gdzieś – wstał. – Proszę – spojrzał na mnie błagalnie.
-Dobrze – westchnęłam i po raz pierwszy przeczytałam ofertę. Wcześniej tego nie zrobiłam, bo byłam pewna, że Nico zostanie w Madrycie. – Nędznie.
-Nie obchodzi mnie to. Poproszę Sergio Canalesa, żeby załatwił mi jakieś mieszkanie i się wyprowadzam.
-Transfer definitywny czy wypożyczenie? – spytałam z nadzieją.
-Transfer, ale na rok. Nie wiem co będzie później – wzruszył ramionami. – Nara – mruknął i wyszedł. Boże, mój biedny Nicanor. Co z tobą będzie synku?

Rozdział siedemnasty

„Gdzie prostota i szczerość, tam kwitnie przyjaźń i radość.” 
 
Wróciliśmy do Madrytu już jako rodzina. Byłam tym wszystkim zachwycona. Nagle dostałam tatę, brata i cudownych przyjaciół. Dostałam też nowy paszport i akt urodzenia. Jak byk stało: Solana Rosario Canales Rodriguez, urodzona pierwszego marca 2015 roku w Madrycie, córka Sergio Canalesa Madrazo i Annabelle Sol Rodriguez Dietl, obywatelka Hiszpanii. Czyli Hiszpanka, a nie jak całe życie mi wmawiano, Angielka.
Dostałam swój stary pokój i aż sapnęłam z zachwytu, gdy tato otworzył przede mną drzwi. Na ścianie nad łóżkiem wisiała ogromna flaga Realu Madryt, na przeciwnej ścianie wisiały ramki ze zdjęciami. Mali chłopcy, małe dziewczynki, piłkarze, ja z Alanem.
Zastanowił mnie jedynie fakt, że łóżko było duże, małżeńskie.
-Nigdy nie chciałaś spać na dziecinnym. – wyjaśnił tato.
-Dzięki! – przytuliłam się do niego i pocałowałam w policzek.
-Młody Rooney czeka pod domem – powiedział, a ja od razu wyszłam. Willie! Z tego wszystkiego całkiem o nim zapomniałam!
-Cześć! – wybiegłam z domu i usiadłam na schodkach obok niego.
-Cześć, Sol! – objął mnie ramieniem. – Co tam? Jak nowa rodzina?
-To nie jest moja nowa rodzina – uśmiechnęłam się. – Czuję się tak jakbym wróciła na swoje miejsce i jest zajebiście! – Nagle z domu z naprzeciwka wyszedł wysoki brunet. Przeciągnął się, a między jego nogami przebiegł mały chłopczyk, a za chwilę następny.
-Fran, Liam! – krzyknął i złapał ich za bluzki z tyłu. – Do samochodu! – wskazał zaparkowane obok terenowe Audi.
-Bawimy się w wojsko? – spytał mniejszy z burzą loków.
-Dokładnie, szeregowy! Odmaszerować do samochodu, bo jedziemy po korki dla was – roześmiał się brunet.
-Tak jest! – zasalutowali i wsiedli do auta. Chłopak spojrzał na mnie a po plecach przeszedł mi dreszcz. Dzieliło nas z pięćdziesiąt metrów, ale widziałam jego niesamowite, niebieskie oczy… To ten koleś, którego widziałam w mieszkaniu Villi!
Uśmiechnął się do mnie delikatnie i poszedł do samochodu.
-Znasz go? – spytał William.
-Tak jakby – mruknęłam.
-Wiesz kto to? – świdrował mnie uważnym spojrzeniem.
-Kto? – zainteresowałam się.
-Nicanor Vazquez – szepnął i dopiero wtedy popatrzyłam mu w oczy. Już nie był dla mnie najważniejszy, już nie był moim kochanym Williamem. Teraz chciałam czegoś nowego, ale jeszcze nie wiedziałam czego… Jednak, gdzieś w głębi serca wiedziałam, że nigdy go nie opuszczę. Nie wiem co musi się stać, żebym odstąpiła od jego boku.
-Nicanor Vazquez i co dalej? – przewróciłam oczami.
-Syn Alvaro Vazqueza i pasierb Rezy Gutierrez. Teraz ci świta?
-Oczywiście, że nie! – prychnęłam. – Nie było mnie czternaście lat! Nie oczekujesz chyba, że wszystko pamiętam!
-Był zajebisty, miał talent, instynkt i to coś… Pięć lat temu odszedł do przedostatniego w lidze Rancingu Santander i nikt nie wie czemu. Nawet jak ktoś wie to nabrał wody w usta, a rodzice doskonale wszystko utajnili. Teraz wraca do Realu i z marszu ma miejsce w pierwszym składzie.
-Jak to? – podskoczyłam gwałtownie.
-Jego matka ma rozległe kontakty w klubie. Jego wyniki są dobre, ale nie tak dobre jak pięć lat temu. Jeśli trafi na kogoś kto pomoże mu wrócić do formy będzie najlepszy… – spojrzał na mnie znacząco.
-Willie! – syknęłam. – Idę na studia informatyczne, nie będę się bawić w żadne treningi i programy – wstałam. – Chcesz czekolady?
-Tak – pokiwał głową i weszliśmy do domu.
Że niby ja mam trenować Nicanora, który nie wiadomo czemu odszedł z jednego z najlepszych klubów i teraz wraca? Nie powiem, że nie zaciekawiło mnie to czemu zniknął. Ciekawość to w końcu moje trzecie imię.


Mama świdrowała mnie uważnym spojrzeniem. Przepytała mnie i ojca dosłownie z wszystkiego. Streściliśmy jej ostatnie czternaście lat najlepiej jak się dało.
-Jaka jest Adelle? – uśmiechnęła się do mnie słodko.
-Fajna. Ładnie się ubiera, zawsze jest zadbana i szykowna – odpowiedziałem niemal automatycznie.
-A Liv Benzema? – nadal się uśmiechała.
-Świetna – też się uśmiechnąłem. – Rozumie mnie jak nikt, mogę z nią pogadać o wszystkim i nigdy się nam nie nudzi. Poza tym często przychodzi na Bernabeu i pomagała mi z matmą.
-Canales – warknęła mama i spojrzała na tatę. – Twój syn robi dokładnie to samo co ty wiele lat temu – westchnęła. – Dlaczego jesteś z Adelle? – spytała mnie.
-Bo… – urwałem. – Bo to najładniejsza dziewczyna w szkole.
-Matko! – przejechała dłonią po twarzy. – Co ja się z wami mam! Alanku, syneczku – chwyciła mnie za ręce. – Możesz powiedzieć, że się wtrącam, ale przywykłam do tego, że z Sol jestem szczera i możemy sobie powiedzieć wszystko… – wzięła głęboki oddech. – Zastanów się czy kochasz Adelle, bo jak nie to każ jej spierdalać i nie marnuj z nią czasu! – wypaliła, a tato wybuchł śmiechem. – Nie znam a ni Liv a tym bardziej Adelle, ale twój ojciec opowiadał mi co nieco o wszystkich.
-Ale… – jęknąłem.
-Javier od zawsze uczył Sol, że może wszystko, ale musi być szczera. Gdy zapytamy wprost koniec kręcenia. Stoi? – popatrzyła na mnie uważnie.
-Stoi – pokiwałem głową.
-Całowałeś się z Liv? – wyskoczyła, a ojciec zachichotał. – Ciastku, opanuj się! – warknęła na niego.
-Tak – westchnąłem. – Wiem co chcesz mi powiedzieć – wstałem i pocałowałem ją w czoło.
-Szczerość bywa trudniejsza od matematyki – szepnął ojciec.
-Ot! Powiedziałeś co wiedziałeś! – prychnęła mama. – Było być takim mądrym jak robiłeś na dwa fronty!
-Ale się opanowałem! – bronił się.
-Cześć! – krzyknąłem i wyszedłem z domu. Udałem się wprost do domu Moraty i na moje szczęście w ogrodzie opalała się Adelle.
-Nie umawialiśmy się! – zawołała na mój widok.
-Wiem – kucnąłem obok niej. – Chcę ci tylko coś powiedzieć – westchnąłem.
-Nigdzie dziś z tobą nie wychodzę, bo jakbyś zapomniał za kilka dni jest gala w Barcelonie i muszę się prezentować najlepiej, więc chodzę do kosmetyczki i mam za dużo na głowie – powachlowała się dłonią, a mnie opadły klapki z oczu. W momencie, gdy poprosiłem ją o chodzenie Bóg mnie opuścił! Gdzie wtedy byli moi cudowni przyjaciele? Gdzie?!
-Na tą galę nie pójdziemy razem – wyprostowałem się.
-Chyba kpisz! – prychnęła. – Muszę z tobą iść, bo tam będzie masa fotoreporterów! – fuknęła i też wstała.
-Nie obchodzą mnie takie rzeczy – syknąłem. – Nigdzie już razem nie pójdziemy i skończy się żerowanie na mnie! Koniec, Adelle. Zrywam z tobą! – powiedziałem i jakby ogromny kamień spadł mi z serca.
-Co?!  – zbladła. – O czym ty mówisz?!
-Nie udawaj, że nie słyszałaś, bo czego jak czego, ale brudu w uszach nie masz. Cześć! – syknąłem i udałem się do swojego samochodu. Dzięki Ci, Boże, że oddałeś mi matkę, która mnie otrzeźwiła zanim zmarnowałem sobie życie.

Rozdział szesnasty

„Więź duchowa jest o wiele cenniejsza od bliskości fizycznej.”

Wróciłam do Madrytu z silnym postanowieniem, że wszystko wyjaśnię. Najwspanialsze było to, że miałam pełne poparcie Javiera.
-Zaryzykuj, mała – powiedział, gdy samolot podchodził do lądowania. – Jestem z tobą – ujął moją dłoń i mocno ją ścisnął.
-Wiesz, kocham cię – położyłam głowę na jego ramieniu. – Nie ważne, kto jest moim ojcem, ty jesteś dla mnie bardzo ważny, wychowałeś mnie.
-Wychowałem na piękną i bardzo mądrą dziewczynę – pocałował mnie w czoło. – Będzie dobrze. Zaufaj sercu, ono wie najlepiej.
Do domu Canalesów jechałam z duszą na ramieniu.
Zapukałam raz, drugi i dopiero po trzecim otworzył mi śliczna brunetka. Na mój widok gwałtownie wciągnęła powietrze.
-Alvaro! – wydukała zamiast powitania. – Vazquez! – krzyknęła.
Vazquez? Pomyliłam adresy?
-Tak, maluszku? – Obok niej pojawił się mężczyzna z małym chłopczykiem na rękach. Facet do złudzenia przypominał tego przystojniaka, którego spotkałam w mieszkaniu Villi, tyle, że ten był dużo starszy.
-Ana! – Kobieta wskazała na mnie palcem.
-To powinnaś wołać Sergio, a nie mnie – pocałował ją w czoło i wrócił do domu.
-Ja do pana Canalesa – powiedziałam cicho.
-Moment! – mruknęła i zniknęła w środku. Po chwili na progu pojawił się on… W sercu mnie coś zakuło, a usta rozciągnęły się w delikatnym uśmiechu.
Blondyn patrzył na mnie w milczeniu, a ja nie mogłam uwierzyć w to co widzę.
-Tatusiu… – wyszeptałam. Mężczyzna jęknął cicho i mocno mnie przytulił. Miałam wrażenie, że to sen, ale tulił mnie tak mocno, że wiedziałam, że to nie złudzenie.
-Solana! Boże, to naprawdę ty! – ujął moją twarz w dłonie.
-A ty naprawdę masz oczy jak szafir w zawieszce mamy – uśmiechnęłam się.
-Ana… – urwał. – Czy ona… czy żyje? – wydukał.
-Oczywiście! Tylko straciła pamięć. Przez czternaście lat żyła w przekonaniu, że nazywa się Anna Sol Dietl, a ja jestem Sol Rosario Hernandez Dietl.
-Hernandez? – drgnął gwałtownie.
-Mama wyszła za mąż za piłkarza, Javiera Hernandeza. Wychował mnie i jest moim dobrym przyjacielem – przytuliłam się do ojca. Mojego tatusia…
-Kocha go? – wyszeptał.
-Nie. Rozwodzą się. Chcesz…? – spojrzałam mu w oczy i urwałam.
-Tak – pokiwał głową. – Boże, Sol. Myślałem, że nigdy was nie zobaczę, że nigdy cię nie przytulę! A teraz jestem pewien jak nigdy, że to ty, że gdzieś tam jest moja Annabelle.
-Jest, oczywiście, że jest! – roześmiałam się radośnie.
-Canales, co ty tu robi… – Wysoki mężczyzna z kilkudniowym zarostem wyszedł z domu i zamarł na mój widok. – Kurwa! Sol! – Porwał mnie w ramiona. – Mówiłem, że żyją? Mówiłem?! – śmiał się w najlepsze. – Gdzie Ana? – popatrzył mi w oczy.
-W Manchesterze, wujciu Karimku! – odpowiedziałam.
-To jest nasza Sol! Skąd ją masz? – zwrócił się do taty.
-Reza otworzyła drzwi i już tu była – odpowiedział mu mężczyzna z dzieckiem na ręku. – Alvaro Vazquez, a to Liam.
-Sol Rosario – powiedziałam odruchowo i wyszczerzyłam się zadowolona. Poczułam się nagle jak idealnie dopasowany puzzel w układance. Mam mamę, tatę, brata i ludzi, którzy mnie kochają. – Jedziemy do Manchesteru! – zdecydowałam błyskawicznie.


Manchester? Sol jako moja siostra? Szalejąca z radości babcia Rosario, pijący na umór Junior, wielka fiesta w Madrycie, bo Annabelle i Solana się znalazły. Istne szaleństwo! Gazety rozpisujące o cudownym odnalezieniu Any Rodriguez i Sol Rosario, a w środku tego zamieszania my…
Tuląca się do mnie Sol, uśmiechający się tato, nucący coś pod nosem Benzema… Dawno nie widziałem takiej radości.
-Mamo? – krzyknęła Sol, gdy wszedłem za nią do przytulnego domu w Manchesterze. Reszta potulnie czekała w samochodzie, chociaż słowo „potulnie” nijak nie pasuje do wiercącej się Rezy. – Mamo! – zniecierpliwiła się.
-Tak? Javier mówił, że wyprowadzasz się do Madrytu! Sol, czy ty czasem myślisz o mnie? Co ja mam tu począć sama? Rozwód dostanę za kilka dni…
-To dobrze. – Weszliśmy do kuchni w której pachniało czekoladą. Rany, jak u nas! – Bo wtedy odnowisz swoją przysięgę małżeńską – wypaliła. Kobieta, która siedziała na krześle wstała. Była piękna, miała złote włosy do ramion, szelmowskie oczy i łagodny uśmiech. Była jak na zdjęciu w moim pokoju, tylko nieco starsza. Wpatrywała się we mnie uważnie i po chwili chwyciła swoją zawieszkę.
-Przysięgę? – powtórzyła z wahaniem.
-Wiesz dlaczego nigdy nie lubiłaś imienia Anna? – Sol chwyciła ją za ręce. – Wiesz czemu plaża w Santander jest najpiękniejsza na świecie? Wiesz czemu nigdy nie zdejmujesz zawieszki? Wiesz czemu Javier to nie ten? – pokręciła głową i zagubionym wzrokiem spojrzała na córkę… moją siostrę. – Ja wiem – powiedziała zadowolona Sol. – Znalazłam tatę! – zapiszczała.
-Naprawdę? – blondynka zbladła, a jednak uśmiechnęła się szeroko.
-Naprawdę! Od razu wiedziałam, że to on! Poczułam to tak po prostu! – zaśmiała się. – Słuchaj uważnie… Nazywasz się Annabelle Sol Rodriguez Dietl, urodziłaś się w Pradze, ale wychowałaś w Madrycie. Całe życie kochałaś Real Madryt i piłkarzy. Plaża w Santander jest najpiękniejsza, bo w tym mieście wzięłaś ślub i tam chrzciłaś swoje dzieci. Zawieszki nigdy nie zdejmujesz, bo obiecałaś mojemu… -zerknęła na mnie – … naszemu ojcu – poprawiła się. – Że zdejmiesz ją dopiero, gdy przestaniesz go kochać. Tym samym wychodzi na to dlaczego Javi nigdy nie był tym. Kochasz Sergio Canalesa Madrazo, przez ciebie nazywanego…
-…Ciastkiem – weszła jej w słowo i uśmiechnęła się szeroko. – A to jest… – wskazała na mnie.
-Alan Patrick Canales Rodriguez, mój brat bliźniak – wyjaśniła i odsunęła się. Podszedłem powoli i objąłem moją… mamę.
-Mamusiu – wyszeptałem.
-Synku! – pocałowała mnie w czoło. – Malutki, mój!
-Ana! – zawołał Karim, który właśnie wszedł. Odsunął mnie i przytulił ją do siebie. Nie zaprzeczę, że Sol była do niej podobna. – Zawsze wierzyłem, że żyjesz! W przeciwieństwie do twojego mężulka!
-Benzema! Lwie! – roześmiała się radośnie, a mnie długo ten śmiech dźwięczał w uszach. Taki pamiętam jeszcze z dzieciństwa. Szczęśliwy śmiech mojej mamy…
-Ana! – zapiszczała Reza i mocno się do niej przytuliła. – Ciebie nie było a Vazquez się rozmnożył jak królik! – zaśmiała się przez łzy.
-Gutierrez, ty szmato! Sama chciałaś dużo dzieci! – odpaliła, a Sol uśmiechnęła się szeroko.
-Annabelle – szepnął tato i zrobił krok w jej kierunku. Mama spojrzała na niego roziskrzonym wzrokiem i uśmiechnęła się delikatnie. Kątem oka zauważyłem jak Karim obejmuje Sol i całuje ją w czoło. Zawsze ją kochał najmocniej, swoją jedyną chrześnicę.
-Sergio… – powiedziała mama i przytuliła się do ojca. – Pamiętam, pamiętam wszystko! – objęła go ramionami za szyję. – Canales! – odsunęła się gwałtownie i spojrzała na niego tak, że mimowolnie zrobiłem krok do tyłu. Karim, Reza i Sol roześmiali się wesoło. – Dlaczego tak szybko mnie pochowałeś, co? – dźgnęła go palcem w pierś.
-Bo… – wydukał. – Tak chyba było łatwiej. Szybciej zaakceptowałem fakt, że nie żyjesz niż, że odeszłaś.
-Wiem, że miałam nierówno pod sufitem, ale nie odeszłabym od faceta, którego kocham nad życie – wtuliła się w niego. – Wychowałam ci córkę – mruknęła.
-A ja ci syna – wskazał na mnie.
-Ana, pogadamy? – spytał tato.
-Dobrze – kiwnęła głową i wyszli.
-Ale fajnie – wyszczerzyła się radośnie Sol.
-Mała, co tu jest grane? – zawołał ktoś z przedpokoju. – Tak szybko wrócił… – urwał, gdy tylko wszedł do kuchni. – Benzema?
-Hernandez? Sol, to jest twój ojczym? – spytał Karim.
-Tak – pokiwała głową.
-Co jest? – Hernandez wziął się pod boki, ale nie wiedzieć czemu Sol podeszła do niego, przytuliła się i pocałowała go w policzek.
-Nic, tylko znalazłam ojca i brata, tak jak planowałam – powiedziała, a Karim przejechał dłonią po twarzy. Tak, Sol ma coś z galaktycznych. Niewyparzony jęzor.
-Bez wątpienia jest nasza – szepnęła Reza.